jk
Pop
00:00 / 00:00
Lyrics
Znów siedzę nad miastem, jakbym był tu tylko widzem…
Na gzymsie stygnie kawa, w palcach żar ognisty.
To tylko blant z herbatą, nie pytaj, czy to zdrowe,
i tak najbardziej mnie truje, to co siedzi mi w głowie.
Znów odpalam tego blanta, w środku liście herbaty,
dym wylatuje nad dachy, jak wszystkie moje dawne straty.
Obok stygnie czarna kawa, gorzka jak te słowa,
których nigdy nie powiedziałem, choć paliły mnie od środka.
Patrzę w dół na miasto, jak na ekran bez pauzy,
ile razy tu wracałem, żeby nie wrócić do tamtej traumy.
Nie mam boga poza sobą, nie mam planu poza „jutro”,
odpalam ten herbaciany blant i znów udaję, że to wszystko było po coś.
W środku mam jaśmin, rumianek, jakieś tanie listki z biedry,
mówią „to przecież nie kopie”, jakby tylko haj leczył błędy.
Ja tym dymem odpalam wspomnienia, nie układ nerwowy,
każdy wdech to inny fleshbek: krzyk, śmiech, szpital, schody.
Kawa parzyła mnie kiedyś, teraz tylko robi drżenie rąk,
bo po tylu nieprzespanych nocach serce bije mi jak alarm w blok.
Przyjaciele mówili „będzie dobrze” i znikali po napisach,
jakby nasze wspólne sceny były tylko fillerami w spisach.
Zbieram z ziemi swoje resztki jak rozbity kubek latte,
na dnie zostały tylko fusy – z nich wróżę sobie jutro, bracie.
Jeśli kiedyś byłem miękki, to dzisiaj jestem szkłem,
które udaje diament tylko po to, by nie pęknąć w dzień.
Znów podpalam tego blanta, w środku liście herbaty,
dym wylatuje nad dachy, jak wszystkie moje dawne straty.
Obok stygnie czarna kawa, gorzka jak te słowa,
których nigdy nie powiedziałem, choć paliły mnie od środka.
Patrzę w dół na miasto, jak na ekran bez pauzy,
ile razy tu wracałem, żeby nie wrócić do tamtej traumy.
Nie mam boga poza sobą, nie mam planu poza „jutro”,
odpalam ten herbaciany blant i znów udaję, że to wszystko było po coś.
trzymam ją, jakby to była ostatnia ciepła myśl na świecie.
Kiedyś piłem ją na szybko, żeby zdążyć za marzeniem,
dziś piję ją powoli, bo już nie gonię – tylko stoję i się zmieniłem.
Herbaciany dym mi tańczy przed oczami jak napisy końcowe,
nauczyłem się kochać ludzi, co potem i tak mnie palili w ziemię.
Nie jestem bohaterem, bardziej postacią drugoplanową,
Jak eminencja w cieniu, ale nikt nie pamięta mojej twarzy
Na ekranie telefonu powiadomienia jak śnieg,
ale jak trzeba podnieść słuchawkę, to nagle nikogo nie ma, nie.
Jeśli kiedykolwiek miałem się skończyć, to już milion razy,
a jednak znów siedzę na dachu, znów odpalam susz z herbaty.
bo przynajmniej jak się uduszę, to swoim własnym brakiem planu.
Kawa jak smoła, ja jak cień, co się uczy dalej żyć,
może to wszystko jest snem, może wreszcie umiem śnić.
Jeśli jutro znowu spadnę, to przynajmniej dzisiaj wiem,
że te wszystkie bóle, śmiechy, łzy zrobiły ze mnie mnie.
Podpalam tego blanta, w środku liście herbaty
dym wylatuje nad dachy, jak wszystkie moje dawne straty.
Obok stygnie czarna kawa, gorzka jak te słowa,
których nigdy nie powiedziałem, choć paliły mnie od środka.
Patrzę w dół na miasto, jak na ekran bez pauzy,
ile razy tu wracałem, żeby nie wrócić do tamtej traumy.
Nie mam boga poza sobą, nie mam planu poza „jutro”,
odpalam ten herbaciany blant i znów udaję, że to wszystko było po coś.